październik2008
Lissi ! Franz ! Lissi ! Franz ! Lissi ! Franz !
Michael "Bully" Herbig to chyba jeden z niewielu niemieckich twórców filmowych, który w tak znakomity sposób umie tworzyć prześmiewcze komedie. I nie ważne, czy jest to pseudowestern o bucie, Indianach i króliczku wodza plemienia, czy też gwiezdne przygody trzech zniewieściałych kumpli, ciągle śpiewających o pieszczoszkach, paszkach itp. Dobra zabawa always gwarantowana. Szkoda by było taki sukces marnować, dlatego też Bully już dawno zapowiedział, że pracę kontynuować będzie i powstanie... WIELKA TRYLOGIA. Dotrzymał słowa i stało się. Tym razem postanowił pokazać nam troszkę habsburskiej historii w BARDZO krzywym zwierciadle, czyli po prostu w subtelny sposób wyśmiać wszystkich Niemców i Austriaków do kupy wziętych. I tak narodziła się bawarska opowieść o Lissi... pięknej urody, prawie (a wiemy, że prawie robi wielką różnicę) jak Sissi, młodej cesarzowej i oddanym jej sercu Franzu... Od początku wiadomym było, że nie będzie to kolejna bajeczka animowana dla najmłodszych. Tak. "Lissi na lodzie" to zdecydowanie film dla starszych dzieciaków, które co nieco już o życiu wiedzą i co, z czym się je... I nie chodzi tu o niedzielny, domowy obiadek...
"Lissi..." to przecież historia (prawie) prawdziwa. Życie pisze różne scenariusze, a porwania zdarzają się... no zdarzają się i już... Grasz na dzyndzelkach, trąbce i nagle porywa Cię Yeti. Trzeba zawsze czujnym być... Nie, nie... zaraz... chyba coś pomyliłam... to nie ta bajka... Wróćmy do Yeti... Pewnego pięknego wieczora, przy dźwiękach równie pięknej muzyki, w scenerii dmuchanych (właściwie wydmuchiwanych) bąbelków, nasza tytułowa bohaterka zostaje... porwana przez wielkiego, włochatego potwora, Olafa L. Zrozpaczony Franz wraz z oddanym przyjacielem rodziny - Feldmarszałkiem - rusza na poszukiwania ukochanej, aby znów być tylko z nią, znów razem polować na pięknego, Bogu ducha winnego, łyżwiarza, znów sam na sam z ukochaną Lissi... eh... jakie to romantyczne... fuj... Ale cóż... taka jest miłość naszych głównych bohaterów... nie każdy może poszczycić (ups) się takim pięknym partnerstwem... nie każdy... nie każdy... to też już chyba gdzieś było... A więc porwanie ukochanej to dla Franza wielka tragedia. Postanawia ją odzyskać. Będzie szukał, aż odnajdzie swą piękną cesarzową i wielkie szczęście wróci do niego. A jak cała historia się zakończy? To zobaczycie już w kinie...
Polski dubbing do "Lissi..." powstawał w SUN Studio w Warszawie pod wodzą Marka Robaczewskiego. Teksty napisał Jan Wecsile. Polska ekipa dubbingująca to same RARYTASY, a lista płac pełna jest znanych i lubianych nazwisk.
Tytułowa Lissi to, jak wiemy, piękna kobieta, o subtelnym wyglądzie i uroczym licu... mężczyzny... tak, tak... mężczyzny. Lissi to cały Bully, mówi nawet jego głosem... męskim falsetem. W polskim dubbingu nie mogło być inaczej, bo przecież o to w tym filmie chodzi... pastisz... a śmiech to zdrowie. Kacper Kuszewski podjął się tego zadania z jakże ciekawym skutkiem. Niesamowicie prowadzi rolę... kobiety. W filmie byłoby to prawie niemożliwe, a w dubbingu, proszę bardzo - mężczyzna w roli kobiety. Polski głos Lissi jest wysoki, delikatny, ale... trąci myszką... i to dosłownie... Mickey... niestety Kacper K. jest w tym filmie Myszką Mickey. To chyba jedyny mankament roli w polskiej wersji Lissi. Po prostu TEN głos jest już nam znany. Kacper nie zaskakuje, ale jednak troszkę zachwyca, bo w końcu gra przecież kobietę... Ocenę postaci pozostawiam więc widzom.

Franz, w tej roli Maciej Stuhr, fantastyczny głos, ale tego mogliśmy się spodziewać. Nie pierwszy raz stoi przy mikrofonie i nie pierwszy raz gra w animowanej komedii. Jego Kaiser jest romantykiem, oddanym mężem, zakochanym bez pamięci... zaznaczam, prawdziwym mężczyzną... nie stroniącym od RÓŻNYCH zabaw w towarzystwie, oczywiście, swojej ukochanej. Lubi pograć w golfa czekoladowymi kulkami, rzadziej kartoflami (w oryginalnej wersji pomidorami), gustuje w "dmuchanych" kąpielach z bąbelkami, podczas których z uwielbieniem patrzy na teatrzyk swojej zmysłowej Lissi. Gdy ta, podczas jednego z wieczornych występów, zostaje porwana, jest załamany, rozpaczliwie próbuje szukać swojego Szczęścia. Maciej Stuhr doskonale odnajduje się w komediach, świetnie radzi sobie z dubbingowym humorem. Potrafi, bez specjalnej modulacji głosu, oddać widzom to, co w dialogach najlepsze - rozrywkę na najwyższym poziomie.

Feldmarszałek, czyli oddany przyjaciel rodziny, z nieco dziwnym, rubasznym usposobieniem, zaangażowany w sprawy rodzinne, intymne, mniej intymne, obiekt westchnień Cesarzowej Matki, to znakomity w tej roli Wojtek Paszkowski. Głos Wojtka znamy już w dubbingu od długiego czasu, ale wciąż potrafi nas zaskakiwać. Feldzio, jak go Franz pieszczotliwie nazywa, to postać bardzo sympatyczna, zarazem zabawna, ale i nieco kontrowersyjna. Ileż wigoru w tej chudzinie. Nawet Sybilla nie może mu się oprzeć. Polski głos Feldzia (będę się tego trzymać) jest nieco przyspieszony, lekko przez zęby, ciut jęczący, jakby nasz bohater miał wciąż podniesione ciśnienie krwi, a serce próbowało wyrwać się z wątłego ciałka, zestresowany biedaczek. Emocje nim targają. Jest szybki i zdecydowany, nieustraszony, ale na widok Matki Franza dostaje dreszczy... potajemnie się w niej kocha... Głos Wojtka łudząco przypomina znakomity oryginał niemiecki. Wprowadzenie lekkich zmian w polskiej wersji językowej pozwoliło na szerszą interpretację roli, a wynikiem jest majstersztyk dubbingowy... jest się z czego pośmiać. Zdecydowanie. To chyba najbardziej zabawna postać w filmie.

Szwagier i Ignac, czyli Grzegorz Pawlak i Paweł Burczyk to para nie do przebicia i pokuszę się o stwierdzenie, że dawno takiej na ekranie (animowanym) nie widziałam. Jeden o głębokim, niskim, dudniącym i przytłumionym głosie, wielki (w sensie gruby), wąsaty chłop. Drugi rozczochrany, chudy, sepleniący patałach. Obydwaj niezbyt rozgarnięci. Polszczyzna jest im niestety obca, ale znakomicie radzą sobie w angolstwie. Uzupełniają się nawzajem. Paweł Burczyk pokazał w fantastyczny sposób jak pięknie można dubbingować bez... dykcji. W końcu seplenyc, dobrze seplenyc, to też nie lada sztuka...
Yeti, czyli włochaty Olaf Lubaszenko. Tutaj zaskoczenie. Yeti Pana Lubaszenko to wielki stwór (właściwie "wielka stopa"), mimo wszystko sympatyczny, niechętny do robienia komukolwiek krzywdy. Porywa Lissi, ale w głębi duszy czuje inne emocje. W futro-spodniach jest w stanie znaleźć wszystko, a do tego gustuje w alkoholowych napojach z dodatkiem perfum. Głos polskiego Yeti jest nieco przytłumiony, lekko spowolniony, jakby spóźniony. Może to było w zamyśle reżysera, ale efekt nie jest do końca idealny. Słuchając Yeti, wyobrażamy sobie polskiego, bardzo dobrego zresztą, aktora - Olafa L. - z nieco dziwną, zagubioną miną, maślanymi oczami, wydającego z siebie: "Siostro! Ten pająk mnie gdzieś ciągnie!". Flegmatyczne dialogi/monologi Yeti są momentami męczące, ale wielbiciele głosu Pana Olafa nie będą zawiedzeni.
Sybilla - Mistrzyni Trybała. Chylę czoła. Bardzo przyjemny głos i element komediowy. Cesarzowa nagminnie zdradza Cesarza (tetryka) Seniora i nie ma wyrzutów sumienia. Jej ulubione powiedzonko to: "dochodzę". Jest apodyktyczna, wzdycha do Feldmarszałka... Ten niestety cierpi na lumbago i nie odwzajemnia jej uczuć, ale Sybilli nikt i nic nie powstrzyma... lubi po prostu facetów i już, tęskni za makao. Wybór pada na Bussi'ego - niestety mało wyrazistego w tej roli Krzysztofa Stelmaszyka. (Za mało luzu w postaci, Panie Krzysztofie. Wódz Birdelbergu to luzak, a nie sztywniak.)
Pozostałe role, bardziej epizodyczne, nie zapadają niestety w pamięć, nawet Joanna Jabłczyńska w roli babci-nawigatora, czy Diabeł - Zagłoba Krzysztof Kowalewski. Wyjątkiem jest Dziadek w wykonaniu Witolda Pyrkosza. Szalony staruszek, mający dość życia w cesarskiej rodzinie. Ładnie zagrana rola, bez przesadyzmu, po prostu, ale jakże zabawnie.
Niektórzy aktorzy, dubbingujący w polskiej wersji "Lissi na lodzie", mieli już przyjemność pracować przy dubbingu innych filmów, reżyserowanych przez Herbiga, a mianowicie "But Manitou" i "Gwiezdne Jaja Część I: Zemsta świrów". Mówię tutaj o Witoldzie Pyrkoszu i Wojtku Paszkowskim. Także Panowie! Brawa za fajne dźwięki i tym razem...
Na koniec dodam tylko, że humor bawarski nie każdemu może się spodobać. To specyficzne przedstawianie rzeczywistości, nawiązanie do austrariackiej historii, opowiadań, starych niemieckich filmów, czysty pastisz o rubasznym charakterze. Mnie taki humor się podoba, zupełnie niezobowiązujący, lekki i przyjemny... czysta rozrywka. Nie pozostaje mi więc nic innego, jak tylko z czystym sumieniem zaprosić wszystkich do kina, bo naprawdę warto docenić to, co nasi dubbingowcy wyczarowali z tej niemieckiej wariacji o krzaczorach, długich bułkach, włochatych Yeti, dzyndzelkach, trąbach, lufach i innych takich niedorzecznościach.
Bo "to nie jest taki normalny film"... ale kupa śmiechu na pewno. :-)
Pozdrawiam, madzia-cuperek