\

październik2009

Up... up...

Odlot, długo oczekiwany najnowszy film Disney'a, nareszcie zagościł na ekranach naszych kin. Długo, długo, bo od premiery światowej minęło pół roku. Ale czy na pewno warto było czekać? Może zacznijmy od początku...
(Jest to swojego rodzaju spoiler, także proponuję na tym etapie przerwać lekturę osobom, które nie miały jeszcze okazji odwiedzić sali kinowej i odlecieć z Pixarem.)
Historia Carla Fredricksena, bo tak nazywa się nasz główny bohater, zaczyna się w chwili, gdy jako mały chłopiec poznaje pewną zwariowaną dziewczynkę, która to okazuje się później miłością jego życia. Oboje żyją w cudownych uczuciach z marzeniami, które pragną spełnić wspólnie. Dobrze wiedzą, co znaczy "kochać" tę drugą, bliską, najbliższą osobę. Niestety Ela odchodzi, Carl zostaje sam, a ich Wielka Księga Przygód, leżąc w kącie zaczyna pokrywać się kurzem. W smutnej rzeczywistości otaczającego ich mały domek świata wieżowców, Carl jest zagubiony i nie chce zostawić swojego miejsca na ziemi, gdzie czuje się szczęśliwy. Pewnego dnia poznaje Russela, młodego skauta, który zmienia jego życie. Wspólnie wyruszają w podróż pełną niesamowitych przygód. Czy dotrą do wymarzonej krainy Eli i spełnią jej niespełnione marzenia z dzieciństwa? I kim jest Stefan? Zobaczcie sami, bo ta piękna, wzruszająca i zarazem zabawna opowieść wciągnie Was w magiczny świat tysiąca kolorowych balonów...

Polski dubbing do "Odlotu" powstawał długo. Casting do głównych ról był wieloetapowy. Disney w każdym szczególe chciał dopieścić swoje dzieło, wielkie dzieło, które w tym roku otworzyło przecież festiwal w Cannes. Trudno to sobie wyobrazić, ale tak właśnie się stało i to po raz pierwszy w historii kina zrobił to film animowany. "Odlot" miał być perfekcyjny i niestety (muszę w tym miejscu zmartwić wszystkich sceptyków), ale... udało się! Historia, pomysł scenariusza, zrodzony w głowie zwykłych, przepełnionych emocjami ludzi, przelany na papier i kreskę, osadzony w dość nietypowej i zabawnej rzeczywistości, okazał się strzałem w dziesiątkę, a poruszająca opowieść chwyta za serce. Cóż, niejeden powiedziałby: przecież to tylko film animowany, kreskówka, parę kolorowych obrazków migających z ekranu. Otóż nie. To chyba pierwszy od lat film Disney'a, który pomimo tego, że to stary dobry Disney, jest bardzo inny, a inność ta to właśnie ta nietypowo opowiedziana historia, która nie zostawia w głowie wesołkowatych scenek z odpowiednio śmiesznie dobranymi dialogami, powodującymi zwykłe: ha ha ha. Po "the end" następuje mała kontemplacja i zastanowienie czy to na pewno był film dla dzieci? Przecież to było o czymś, a ja wzruszyłam/em się? Niemożliwe. Na filmie dla dzieci? Odpowiedź jest prosta i nie ma się czego wstydzić: TAK, bo film ten wzrusza prawdziwie, ale i śmieszy na zmianę. Jednak nie jest to obraz dla najmłodszych widzów, którzy jeszcze nie wiedzą o życiu zbyt wiele. Przecież nie jest to bajka o kolorowych balonikach. Najmłodsi, wybaczcie, ale tym razem Disney pomyślał o Waszych starszych kolegach i o rodzicach...
Przechodząc do kwestii polskiego dubbingu zaznaczę na początku, że oglądanie filmu z TAKIMI nazwiskami na liście płac od razu sugeruje, że będzie to coś dobrego. Są dwa wyjścia w takiej sytuacji. Albo mamy rację, albo to co usłyszmy będzie totalną klapą, bo przereklamowane znane nazwiska często psuły i psują odbiór postaci animowanych. Tym razem po stokroć "tak" dla każdego, które znalazło się w polskich credits "Odlotu".
Reżyserem polskiej wersji "Odlotu" jest Wojtek Paszkowski, który pnie się ostatnio po szczeblach dubbingowej kariery, połykając jeden film za drugim i tu dodam jeszcze, że jeden film Disney'a za drugim. Nie bez kozery ta przenośnia o połykaniu, bo proszę Państwa to reżyser przez duże "R", który bardzo dobrze wie co zrobić i jak, żeby stworzyć coś doskonałego, aktorsko i dźwiękowo dopracowanego. Taki jest "Odlot". Po prostu wyreżyserowany tak, by cieszyć widza, zachwycać, wzruszać, a nie nudzić i lekceważyć. A przecież to tylko film animowany. Nic dodać nic ująć. Brawa.
Zabawne i wzruszające zarazem dialogi napisał dla "Odlotu" znany nam już z niejednej produkcji Jakub Wecsile. Podoba mi się to, że od jakiegoś czasu zostały zerwane więzi z głupkowatymi nibyskojarzeniami w dziedzinie humorystycznych dialogów bohaterów. W końcu polscy dialogiści piszą jak powinni. Przyjemnie jest posłuchać czegoś mądrego i przemyślanego i co najważniejsze nie oklepanego wśród szerokiej publiczności.
Pan Wojciech Siemion w roli Carla Fredricksena zaskoczył mnie najbardziej. W przypadku aktorów z takim doświadczeniem zawsze zastanawiam się, jak to będzie, ale Pan Siemion po prostu włożył swój głos w usta postaci, która nie dość, że jest realistyczna, ale i każda scena przez nią zagrana jest ciekawa i naturalna. A do tego wszystkiego fantastyczne reakcje i wyczucie chwili. Zabawnie i z pomysłem. Jestem pod ogromnym wrażeniem i wielkie brawa dla Pana Reżysera za poprowadzenie postaci właśnie w tym kierunku.
Pan Ignacy Gogolewski natomiast zagrał w "Odlocie" pilota Muntza, bohatera Carla i Eli z dzieciństwa, który jak już nieco dorósł okazał się niezłym draniem. Uwielbiam takie pseudoczarne charaktery w kinie animowanym. Ignacy Gogolewski idealnie odnalazł się w postaci. Jest miły, za chwilę wredny, dumny bohater milionów i przebiegły kłusownik. Podobały mi się reakcje tej postaci. Gdy Muntz wytrzeszczał oczy, miałam wrażenie, że Pan Ignacy podąża za nim. To bardzo realistyczny efekt, który nadaje naturalności tej postaci.
Młoda gwiazda "Odlotu" - Kacper Cybiński w roli Russela jest niesamowity. Ten chłopak zagrał to znakomicie, lekko i bardzo prawdziwie i co ciekawe, że głos idealnie pasuje do postaci rysowanej. Lekka chrypka, zawadiacki ton i zagubienie w głosie, delikatny humor. Mam nadzieję, że to nie ostatnia duża rola Kacpra w dubbingu i jeszcze nie raz o nim usłyszymy.
Emilka Stachurska jako mała Ela również zaskakuje. Pozytywnie szalona, młoda dziewczynka, która marzy o pięknych przygodach i pragnie realizować te marzenia. Jest przekonująca i wierzymy jej, zero sztuczności. Przyznam, że pierwszy raz słyszałam Emilkę S. w polskim dubbingu, a odniosłam wrażenie, że doskonale wie, co robi, bo w roli czuła się jak przysłowiowa ryba w wodzie.
Cezary Pazura wcielił się w postać gadającego psa Asa, bardzo sympatycznego i pozytywnego bohatera filmu. I faktycznie taki był. Nie dość, że głos postaci został idealnie w jej ustach osadzony, to i zagrany z wyczuciem, delikatnie, bez barwników, zbędnych dodatków, naturalnie, zabawnie wtedy kiedy trzeba, nie kiedy nie, po prostu świetnie.
Jerzy Kryszak i Marian Opania użyczyli głosów dwóm psom - Betta i Gamma. Muszę powiedzieć, że te dwie postaci najmniej utkwiły w mojej pamięci. A dlaczego? Dlatego, że już to słyszałam. Może to tylko kwestia dobrania głosów, ale odniosłam wrażenie, że oglądam gołębie z "Bolta" w psiej skórze. Pomimo całej mojej sympatii do obydwu Panów, których za to, co robią w dubbingu, bardzo szanuje, troszkę wyszło to w "Odlocie" bez wyrazu. Jedyny plus to: "Zając! Ty świnio!", co w ustach tych psiaków wywoływało radość na widowni. Ale to chyba raczej zasługa dialogisty. Jest jeszcze jeden gadający pies w "Odlocie" - Alfa, który przemawia głosem Wojtka Paszkowskiego, a właściwie to nie słyszymy tu prawdziwego, normalnego głosu, bo pitchowanie nam to mocno utrudnia. Otóż Alfa, groźny doberman, ma problem z kabelkami w swojej magicznej obroży i gada albo wysokotonowo (prawie jak Alvin) albo bardzo nisko. Trudno ocenić ten głos, bo tak naprawdę mówi do nas komputer i zmodyfikowany elektronicznie dźwięk. Alfa jest zabawny, wywołuje spazmy śmiechu wśród swoich towarzyszy, ale również i widowni, bo przecież to doberman, a doberman musi być groźny.
Napisy końcowe "Odlotu" zrobione są bardzo pomysłowo. Oglądamy co było potem na kartach Wielkiej Księgi Przygód, wędrując nie tylko po zdjęciach, ale i po nazwiskach twórców filmu. Szkoda, że nasza ekipa dubbingowa jak zwykle pojawiła się w end credits na ostatniej karcie wspomnianej księgi. Zachłysnęłam się kiedyś napisami końcowymi "Kung Fu Pandy". Jak widać to był jednorazowy zabieg i polscy dubbingowy chyba nigdy nie doczekają się porządnego i godnego uhonorowania ich ciężkiej pracy. "Odlot" nie czyni tego na pewno, a szkoda, bo były ku temu warunki.
"Odlot" przepełniony jest także pięknymi obrazami - zdjęciami, niczym z filmu przyrodniczego National Geographic. Obrazom towarzyszy doskonale dobrana klasyczna muzyka, podkreślająca w odpowiedni sposób nastrój chwili. Choć na koniec dodam, że brakowało mi troszkę piosenek, chociaż jednej, jak to u Disney'a zawsze bywało. Ale cóż, nie można mieć wszystkiego.
Ten zabawny i wzruszający zarazem film zdecydowanie polecam każdemu, małemu i dużemu...
pozdrawiam madzia-cuperek