wrzesień2005

Spirited Away : W krainie bogów

Po ponad dwóch latach, które upłynęły od 2 września 2000, kiedy to miał miejsce przedpremierowy pokaz "Księżniczki Mononoke", znowu miałem przyjemność zobaczyć logo studia Ghibli na dużym ekranie kinowym. Tym razem okazji dostarczył specjalny pokaz "Spirited Away: W krainie bogów", jak ochrzczono u nas obsypany nagrodami film "Sen to Chihiro no Kamikakushi" w reżyserii mistrza Miyazakiego. Majestatyczne profile Totorów zawsze nastrajały mnie pozytywnie. Dobry początek.

Dubbing

Kiedy tylko gruchnęła wiadomość, że "Sen to Chihiro" będzie zdubbingowany w fandomie podniósł się pospolity płacz i lament okrutny. Istotnie, niektóre dokonania w dziedzinie dubbingu wołają o pomstę do nieba, ale faktem jest, że w naszym kraju można zrobić dobry dubbing, o czym świadczą chociażby filmy Disneya. Dlatego kiedy dowiedziałem się, że nad polską wersją "Spirited Away" pracować będzie pani Joanna Wizmur, która zrealizowała większość dubbingów dla rzeczonego Disneya w ciągu ostatnich lat moje obawy wprawdzie nie zniknęły, ale istotnie się zmniejszyły.
Pierwsze wrażenie było cokolwiek osobliwe: po raz pierwszy oglądałem anime, w którym mówią po polsku ("Szkarłatnego pilota" nie widziałem). Wrażenie było nowe, ale w żadnym wypadku nie nieprzyjemne. Głosy taty, mamy oraz przede wszystkim Chihiro były dobrze dobrane, brzmiały naturalnie, czyli spełniały najważniejsze kryteria dobrego dubbingu. Z rytmu nieco wybił mnie lektor, który przeczytał zawartość karteczki trzymanej przez Chihiro. Głos lektora sam w sobie nie był zły, natomiast dziwne wydało mi się czytanie kwestii nie wypowiadanej przez żadną z postaci. Trochę zapachniało to filmem dla małych dzieci, gdzie wszystko jest mówione. Ja preferowałbym przetłumaczenie tej karteczki za pomocą napisów, ale to drobiazg, tym bardziej, że później lektor pojawia się dopiero podczas czytania "listy płac" na końcu filmu.
Osobiście najbardziej obawiałem się o Chihiro. Ogólnie rzecz biorąc dziecięce aktorstwo jest w Polsce, nomen omen, w powijakach. Na samą myśl, że Chihiro mogłaby mówić z taką drewnianą emfazą jak Ciri z "Wiedźmina" dostawałem nerwowego tiku. Tym bardziej, że o ile Ciri jest postacią raczej epizodyczną o tyle Chihiro jest filarem filmu i jej niepowodzenie przesądzałoby o klęsce całej produkcji. Na szczęście moje obawy okazały się płonne. Asia Jabłczyńska wykonała kawał dobrej roboty. Chihiro w jej wykonaniu jest naturalnie dziecięca i żywa. Emocje pokazywane na ekranie znakomicie współgrają z emocjami zawartymi w głosie. Jedyne zastrzeżenia mogę mieć do sceny, w której Chihiro płacze. Tutaj dało się odczuć trochę sztuczności, ale też zagrać płacz jest trudno, a jeden defekt bynajmniej nie psuje znakomitej całości. Podsumowując, Asi Jabłczyńskiej należą się brawa. Bez wątpienia spisała się lepiej niż Chihiro z amerykańskiego dubbingu. Miała w filmie najbardziej odpowiedzialną i wymagającą rolę, z której wywiązała się więcej niż dobrze. Mogę chyba zaryzykować stwierdzenie, że zagrała najlepiej z całej polskiej obsady.
Aktorzy wcielający się w inne pierwszoplanowe postacie również spisali się dobrze. Yubaba (Mirosława Krajewska) jest odpowiednio wiedźmowata i paskudnie słodka w stosunku do swojego dzidziusia. Jej alter ego w postaci Zeniby grane przez Teresę Lipowską ma w sobie więcej czegoś, co można by określić mianem babcinej czułości, ale tego typu, jakiego można oczekiwać od czarownicy. Lin w wykonaniu Moniki Kwiatkowskiej jest spontaniczna, energiczna i beztroska. W końcu Kamadzi (Jan Tomaszewski) jawi się w głosie jako nieco zrzędliwy, lecz pogodny i rześki staruszek. Polscy aktorzy zostali dobrze dobrani, pasują do odtwarzanych przez siebie postaci. O jakości wykonanej przez nich gry najlepiej świadczy to, że nie odczuwałem ich obecności w filmie, nie miałem wrażenia, że pomiędzy mną, a postacią na ekranie jest polski pośrednik. Bohaterowie po prostu mówili po polsku, a o to właśnie chodzi w dubbingu. Z kronikarskiego obowiązku muszę nadmienić, że uważnemu widzowi na pewno nie umknie fakt, że ruchy ust na ekranie tylko z grubsza odpowiadają temu co słyszymy. Jest to spowodowane odmiennością języka japońskiego i polskiego i trudno temu zaradzić bez uciekania się do retuszowania filmu. Jednak w żadnym momencie nie ma nieprzyjemnego uczucia "ślizgania się" dialogów, jakie występuje gdy postacie przemawiają z zamkniętymi ustami lub też milczą wydatnie ustami poruszając. Zresztą jeśli ktoś zwraca uwagę na takie detale to powinien również zwrócić uwagę, że często gęsto oryginalne ścieżki dialogowe w wykonaniu japońskich seiyuu również nie są zsynchronizowane z ruchami ust. Pod tym względem prowizorka w anime jest niemal przysłowiowa.
W powyższym akapicie celowo nie wspomniałem o Haku, któremu głosu udziela Leszek Zduń. Jest to jedyna postać w całym filmie, której polski dubbing nie przypadł mi do gustu. Wydaje mi się, że głos nie pasował do postaci, brzmiał trochę sztucznie i jakby niepewnie. Troszkę tak jakby podczas nagrania ktoś trzymał aktora na muszce. Na tyle na ile mogłem się zorientować z disneyowskiego zwiastunu "Spirited Away" amerykanie mieli lepszego Haku. Na szczęście Haku nie jest zbyt wylewną postacią, dlatego moje ogólne bardzo dobre wrażenie o polskim dubbingu pozostało nietknięte.

Tłumaczenie

Kolejna porcja obaw dotyczących polskiej wersji "Sen to Chihiro na Kamikakushi" była spowodowana osobą tłumacza oraz faktem, że za podstawę do tłumaczenia służyła wersja angielska. Przekładu na język polski dokonał Bartosz Wierzbięta, który najbardziej znany jest z dialogów do polskich wersji takich komediowych hitów jak "Shrek", "Epoka lodowcowa" czy "Asterix i Obelix: Misja Kleopatra". Pytanie, które wszyscy sobie zadawali brzmiało czy tłumacz nie postanowi na siłę uśmiesznić filmu czy też ułatwić odbiór polskiemu widzowi poprzez zamianę typowo japońskich smaczków na ich polskie odpowiedniki. Jedno i drugie dobrodziejstwo było by zabójstwem dokonanym na magicznej istocie filmu.

Po ponownym zapaleniu świateł na sali odetchnąłem z ulgą. Bartosz Wierzbięta na szczęście dokonał tłumaczenia, a nie interpretacji. Jego tłumaczeniu "Spirited Away" nie można wiele zarzucić. Oryginalna treść została w widoczny sposób nagięta do polskich warunków tylko raz, w jednej scenie z udziałem Kamadziego. Dysonans jest odczuwalny, ale nie rażący i nie tak nachalny jak choćby w "Misji Kleopatra". Drugi, mniej istotny zarzut jaki można wysunąć dotyczy składni. Bartosz Wierzbięta słynie z dbałości o niuanse składni języka mówionego, co w samo w sobie jest wielką zaletą, ale mam wrażenie, że w kilku miejscach jego wyczucie go zawiodło. Innymi słowy kilka zdań padających z ekranu ukuło mnie w uszy, brzmiało nienaturalnie i nie na miejscu. Na szczęście podczas całego filmu tego uczucia doświadczyłem najwyżej trzy razy i jest to raczej minimalny dyskomfort, w sferze wizualnej porównywalny do rysy na kliszy widocznej na ekranie przez sekundę.
Poza tymi dwoma mankamentami polskie tłumaczenie podobało mi się. Dialogi gładko wpadały w ucho, dobrze pasowały do klimatu filmu, nie czuło się w nich obcości. Dlatego obawiam się, że osoby jeszcze nie tak dawno narzekające na pana Wierzbiętę będą musiały zrewidować swoje poglądy. ;-)
Michał Durys (www.anime.com.pl)